Dyktando pszeszło do chistorji.

listopad 26, 2009 - autor: przemekjasny

Odbyło się kolejne ogólnopolskie dyktando. Pisano, łamano sobie i głowy i sprzęt piszący. Ponoć uczestników z roku na rok jest coraz więcej. To ciekawe, prawda? W czasach kiedy z ulgą zamieniliśmy długopisy na klawiatury komputerowe i komórkowe – popularność dyktanda (jako szkolnej zmory) może dziwić. A jednak.

Stawili się ludzie w liczbie pokaźnej, wśród nich i politycy (którzy zwykle grzeszą mową!). Ponoć do dzisiaj we wszystkich edycjach tego specyficznego konkursu, udział wzięło ponad 50 tysięcy osób. Proszę!

Czym będzie takie dyktando w przyszłości? Przecież mamy wordy i inne cuda w maszynie Touringa, miast słów posługujemy się emotikonami, stosujemy skróty, bawimy się we wszystkie te “LOL-e” i inne “BRB”. Po co nam takie dyktando? Kto w XXI wieku chce jeszcze ręcznie(!), długopisem lub (o zgrozo!) piórem(!) coś napisać – i to jeszcze tak, żeby nie wyszedł z tego zapis sejsmograficzny, podczas rozszyfrowywania którego – większość grafologów pozbyłaby się reszty owłosienia nagłownego!

A były próby ujednolicenia języka, “rz” z “ż”, “ó” z “u” – nawet bez stosownej ustawy internauci wprowadzili ów zabieg uproszczający z ochotą!

Mówimy o “pokoleniu kciuka”, dzieci rodzą się z komórkami w dłoni, gadamy komunikatorami, sztuczna inteligencja naszego domowego centrum zarządzania – zgrabnie poprawia nam większość błędów! Czym więc będzie takie dyktando za lat 10 czy 20? Jeżeli zrobimy skok technologiczno-cywilizacyjno-finansowy, to latorośl do szkoły w chipy przyobleczona będzie! A nie tam w jakieś pisadła!

Wydaje mi się, że już za lat kilka znajomość poprawnej polszczyzny będzie jedynie ekskluzywnym hobby! Podobnie jak zbieranie motyli albo innych znaczków. Będą kluby miłośników “zapisu ręcznego”, coś na kształt dzisiejszych entuzjastów starej motoryzacji. Zapisy na papierze będzie można kupić na pchlim targu staroci. Dyktando w przyszłości to oldschoolowe święto dla bogatej części społeczeństwa! Umiejętność pisania będzie jak znajomość łaciny lub greki…

A może nie?!

Stachursky prorok nowej fali.

listopad 25, 2009 - autor: przemekjasny

Wrócił. Redefiniuje muzykę. Przywraca sens słowom. Nowy Stachursky (czytaj: Stachurskaj). A że żyjemy w kulturze postmodernizmu, mush-up i repetycji – których nośnikiem bywa YouTube, również i tym razem, przefiltrowano omawianego “mistrza”. Jak? Puszczono od tyłu! I nikt tutaj nie doszukuje się “szatanów”. Prawda, że ładnie brzmi? Tak po japońsku. Lepiej? Może…

Przemyśleń kilka o gadanej muzyce. Subiektywnie, sentymentalnie i popkulturowo.

listopad 22, 2009 - autor: przemekjasny

Jestem rychle po re-obejrzeniu “Boogie Nights” (P.T. Andersona). Świetny film, który z przymrużeniem oka przybliża widzowi branżę filmów porno w latach 70-tych. Ale nie jest to dokument typu “Inside Deep Throat” (który tłumaczy socjologicznie zjawiska popularności “gatunku” w tamtych latach), to zgrabna fabuła z interesującymi kreacjami aktorskimi (Mark Wahlberg, Burt Reynolds, Julianne Moore) i doskonała dbałość o szczegóły (której brakuje w rodzimej produkcji filmowej, a tak mogłoby być pięknie w filmach typu “Ile waży Koń Trojański?”).

Ale, ale… o czym ja tu! Mark Wahlberg, no właśnie. Pamiętacie jak ten – dziś już uznany i szanowany aktor – jako młodzian biegał po scenie i tworzył “biały hip-hop”, który przez purystów gatunku był odrzucany i raczej sarkastycznie traktowany, ale przez popkulturę wielbiony? Pamiętacie jak Mark Wahlberg zwał się Marky Mark i tworzył na początku lat 90-tych pop-rapowe pogadanki? Sprzedawał dużo, jego duo z panem Prince Ital Joe (mimo wybitnie quasi-reggae-pop-rapowego charakteru) okupowało pierwsze miejsca list przebojów po obu stronach oceanu.

To jeden z jego klipów, który znalazłem w przepastnych archiwach YouTube! Młodsi nie pamiętają, jak Marky Mark tą piosenką stawiał pomnik naszemu(!) pięściarzowi, Dariuszowi Michalczewskiemu (w teledysku, do obejrzenia).

Dzisiaj, kiedy nieśmiało mówi się o spadku popularności rapu/hip-hopu (zgrabnie o tym pisze Mariusz Herma w “Przekroju” nr 46/17.11.09), warto przypomnieć sobie jego korzenie! Na blogu Bartka Chacińskiego (http://chacinski.wordpress.com/) znajdziecie klip Sugarhill Gang z kawałkiem “Raper’s Delight” (uważany za jeden z pierwszych gadanych numerów). Może kończy się pewna epoka w muzyce, która nieśmiało wchodziła do naszej świadomości już od końca lat 70., skradała się i ukrywała w latach 80., by eksplodować w 90., na początku jako domena “niekolorowa” – później jako królestwo czarnych z Eminemem jako wyjątkiem. Oczywiście, w ogóle nie mam zamiaru wchodzić w polemikę typu “co jest prawdziwym rapem”, “kto się sprzedał”, “to przecież hip-hopolo”. Nie mam zamiaru dissować z rodzimymi tuzami sceny, nigdy nie wdziałem szerokich spodni. Jako obserwator “z zewnątrz”, przypominam sobie niemal z sentymentem pewne zjawiska, które dzisiaj zdecydowanie śmieszą!

Pamiętacie MC Hammera z jego samplowanym “U Can’t Touch This”? Nie możecie nie pamiętać! Toż to hit był. A pamiętacie Vanilla Ice z jego samplowanym “Ice Ice Baby”? Ten pierwszy posłużył się motywem z utworu Ricka Jamesa “Super Freak”, ten drugi (do końca zaprzeczał) uszczknął nieco z “Under Pressure” Queen+David Bowie. Wszystkie te nagrania, w dobie internetu, można natychmiast odszukać i cieszyć się nimi. To już archiwalia. Dzisiaj 10 lat w muzyce, to dynamiczna epoka!

W każdym razie Vanilla Ice był białym gniewnym MC, który “za bardzo się starał”! Był takim “one hit wonder“, który po “Ice Ice Baby” nie powtórzył już sukcesu (później nagrał “Hard To Swallow” pod okiem Rossa Robinsona i brzmiał jak Korn!).

Pośród tych wszystkich uroczych panów, był jeszcze niejaki Dee Dee Ramone! Tak, ten z Ramones. On też w pewnym okresie swojej podupadającej kariery, postanowił nagrać rapowy krążek. Jak postanowił – tak i zrobił. Pod koniec lat 80. powstała więc płyta, która przez wielu tytułowana jest dzisiaj “najgorszą płytą świata”. To “Standing In The Spotlight” sygnowane pseudonimem Dee Dee King! Ten niechlubny wyczyn chyba zniechęcił, nieżyjącego już dzisiaj muzyka – do dalszych eksperymentów.

No a potem rozpoczęła się era rapu/hip-hopu, która trwa do dziś, chociaż z tego cut & paste ostatnio widzimy tylko fade out! Warto tym samym przypomnieć sobie pewne marginalne wyczyny – opisanych wyżej panów, z sentymentu, dla zwykłej radochy. A impreza przy tej muzyce, to byłby niezły flow. Zatem zapraszam do obejrzenia/odsłuchania wczesnych ziomali, którzy “za bardzo się starali”. Tacy wcześni “wangster” wanna be gangster!

A T-Raperzy znad Wisły właśnie przypominają o sobie nową płytą…

Parę linków:

Dee Dee King Ramone –> http://www.youtube.com/watch?v=H-QveINMwkQ

Rick James, Super Freak –> http://www.youtube.com/watch?v=H-QveINMwkQ

MC Hammer, U Can’t Touch This –> http://www.youtube.com/watch?v=hcxsmhzXexA

Vanilla Ice, Ice Ice Baby –> http://www.youtube.com/watch?v=M8BxbdQqMRE

List wytwórni FDM (Fabryka Dźwięku z Muz).

listopad 20, 2009 - autor: przemekjasny


Witamy,

Wytwórnia FDM wraz z zespołami POPO, New Century Classics oraz Zerova ma przyjemność poinformować o długo wyczekiwanej, oficjalnej premierze swoich debiutanckich płyt: POPO – “Go Upstream”, Zerova – “Helo Tree”,
New Century Classics – “Natural Process”. Pomimo owocnej współpracy w studio oraz wielu pomysłów będących katalizatorami dla procesu dystrybucyjnego, napotkaliśmy olbrzymie trudności na drodze wprowadzającej nagrania do sprzedaży. W tej ciężkiej sytuacji postanowiliśmy wspólnie, aby ROZDAĆ PŁYTY WSZYSTKICH ARTYSTÓW będących pod skrzydłami FDM za darmo. Jest to symbol naszego sprzeciwu wobec polskiego oraz światowego, przemysłu muzycznego, napędzanego w większości przypadków pieniędzmi, tępotą, wulgaryzmami i seksem. Rozdanie całego nakładu nagrań symbolizuje nasze wyzwolone od materializmu podejście do sztuki oraz fakt, iż stawiamy przekazywanie swojej treści fanom muzyki, na pierwszym miejscu. W czasach, w których nie będąc potentatami w dziedzinie chłamu, nie jesteśmy w stanie liczyć na pomoc od “tych z góry”. W czasach, w których wyrazy niezależne, niekomercyjne, wolne od korupcji i układów, są synonimami wyrazów,
biedne, nazauważalne, słabe i gówniane. W tych właśnie czasach prosimy Was o wsparcie medialne naszej akcji, która przeciwstawia się między innymi temu, iż brak monopolu na daną dziedzinę oznacza, w większości przypadków niemożność funkcjonowania. Prosimy o pomoc w naszej bezinteresowanej chęci dotarcia do szerszej grupy odbiorców, którym chcemy przekazać treść naszej sztuki. Bez Waszej pomocy to co dobre i piękne, a niekoniecznie zaspokajające masowe potrzeby, może na długi czas zniknąć w podziemiu. Przesyłamy płyty zespołów POPO, Zerova i New Century Classics oraz wypowiedzi zespołów i liczymy na Wasze wsparcie w tej akcji. Nagłośnijcie nasze działanie jak tylko jest to możliwe.

Wytwórnia FDM

***

Nic tylko popierać!

“2012″, czyli największa katastroficzna megalomania ostatnich lat. I nie chodzi tym razem o Mistrzostwa Europy w piłce nożnej.

listopad 12, 2009 - autor: przemekjasny

untitled

O “2012″ słów parę.

Czy ci amerykanie już zupełnie zwariowali? Pamiętacie “Dzień Niepodległości” albo “Pojutrze”? Wszelkie Twistery i inne hurrapatriotycze i bogoojczyźniane epopeje w anturażu globalnej katastrofy? To jeszcze nic! Cisza przed burzą. To było tylko intro, które miało nas przygotować na największą katastrofę (dosłownie i w przenośni), którą zgotowało nam Hollywood. Poziom absurdu osiągnął apogeum.

2012 to najbardziej barokowe w formie, najbardziej dosadne i pompatyczne, najbardziej polisensoryczne zobrazowanie totalnej ziemskiej katastrofy! Właściwie powinienem pisać dużymi literami, bowiem wszystko w tym filmie miało być naj, max, hiper, total, full. Wszystko oprócz fabuły i gdzieś tam zagubionej idei filmu(!) jako interakcji aktorów, historii, budowania napięcia, konstrukcji charakterów głównych bohaterów. To wszystko zostało utopione w tłustym od wybuchów, katastrof, hałasu i ogromie zniszczenia – tle.

Niestety wraz z rozmachem komputerowych animacji (hektolitry kawy wypito!) i rozbuchanym do granic możliwości ludzkiej percepcji dźwiękiem – nie idzie sama historia. Scenariusz zakładał wielką katastrofę i na tym się skończyło. Aktorzy (John Cusack, Woody Harrelson, Danny Glover) biegają po blueboxie i wypowiadają wytarte frazesy. Glover chyba w rolę nie uwierzył (jego bohater jest żałosny i raczej śmieszny), Cusack poszedł na skróty i przeniósł na ekran zachowania z “1408″ (ostatnio lubi numery, prawda?). Broni się Harrelson w niewielkiej roli obłąkanego proroka i tropiciela teorii spiskowych, które oczywiście okazują się być prawdziwe.

To kino amerykańskie w 100%. Ze wszystkimi “za i przeciw”.  Do bólu poprawne politycznie i hasłowe. Nieznośnie “czarno-białe”, wyidealizowane i moralizatorskie. Obawiałem się tego – i słusznie. Prezydent przemawia na tle flagi i pompatycznej muzyki, wychodzi na ulicę pomóc zwykłym ludziom.  Amerykanie wraz z Rosjanami i komunistycznymi Chinami – pracują usilnie nad budową Arki(!), która pomoże w przetrwaniu gatunku. Tak, tym razem mają za zadanie ocalenie całej ludzkości! To nie film o UFO, które atakuje (nie wiedzieć czemu) tylko USA! Tym razem aktywność słoneczna może doprowadzić do zagłady całej ludzkości. Tak więc Chiny ewakuują tybetańczyków (co na to nieprzyjęty przez Obamę Dalajlama?), Rosjanie grzecznie współpracują (nie ma już imperium zła!), Europa się mobilizuje, wszyscy pod dyktando czarnego prezydenta, który w imię zasad humanizmu – rezygnuje ze swego miejsca w Arce i wychodzi na ulicę poklepując pracującego tam strażaka. Poprawność polityczna osiągnęła poziom kryzysowy. Mdli! Moralizowanie o rodzinie i jej relacjach jest już niemal patologiczne. Gdyby życie pisało tak “łatwe” scenariusze, gdyby było tak nieskomplikowane, wszyscy żylibyśmy w postulowanej przez film pięknej poli-kulturowej, kosmopolitycznej utopii.

Wplatane co jakiś czas wątki humorystyczne (czasami żałosne) wybijają z rytmu konsekwentnie budowanej apokalipsy i każą nam myśleć po amerykańsku, “you can do it!“. Zresztą obejrzyjcie Johna Cusacka, który kilkumetrową limuzyną lawiruje między walącymi się drapaczami.

Film jest tak grubym fałszem i przesadą, jak może być gruby tyłek przeciętnego Amerykanina. 2012 to banalna bajka z katastrofą w tle. To komputerowa laurka życzeniowa, która pośród rozpadającego się świata mówi o wartościach i poprawności. Niestety skrojona na miarę przeciętnego fana kalejdoskopu pięknych wybuchów i napuszona hasłami rodem z kampanii wyborczej. Roszczeniowo-życzeniowa groteska spod znaku Photoshopa. I niestety strasznie długa. Film jest jak wypicie za jednym razem 20 litrów Coca-Coli. Do syta i do zwrócenia.

Chcecie się rozerwać i zobaczyć coś przy czym dotychczasowe spustoszenie King Konga i rozpadanie się Tytanica były tylko wprawką? Idźcie.

Jeżeli oczekujecie czegoś więcej oprócz “pięknej katastrofy”, dajcie sobie spokój. Największe emocje licznie zgromadzonych widzów i chóralne “ooooo” wywołał obraz… kilku luksusowych aut na pokładzie Antonova.

Inne spojrzenie –> http://paweuu.wordpress.com/2009/11/16/2012/

http://offword.wordpress.com/2009/11/13/2012-2009/

“Ile waży koń trojański” w realu czyli reminiscencja socrealizmu.

listopad 7, 2009 - autor: przemekjasny

stadion narodowy

Stadion Narodowy nam rośnie. Do 2012 roku gotowy być musi. Plan (już tylko) 2,5 letni winien być wypełniony. Lud pracujący miast i wsi ruszył do czynu społecznego.

Jak donosi m.in. Gazeta.pl czy Trójka, na teren budowy stadionu gromadnie i hurrapatriotycznie ruszyły wycieczki. Nie takie tam bezpłciowe, że idzie każdy kto się nawinie. Wycieczki z klucza brane. A kluczem jak kiedyś jest zawód, fach! I tak: czas, miejsce i przewdonika zabukowały już reprezentacje kierowców autobusów, taksówkarzy i księży! Inne grupy zawodowe również się szykują (wszak mile widziane są stosowne do sytuacji transparenty).

Tak jak kiedyś. Pod operę zajeżdżał autobys zakładowy, wylewały się z niego wycieczki zaopatrzone w drugie śniadanie. Kanapka z kaszanką, ogórek w słoju i jajo na twardo! W czasie antraktu w spektaklu rzeczone jajo można było skonsumować.

Jak widać, propaganda sukcesu żyje wiecznie! Nie jest istotne jaką mamy rzeczywistość, chwalić można się zawsze. Zatem ruszajmy na budowę, urządźmy sobie zakładowe wizyty gospodarskie. Sprawdźmy ile procent normy zostało już wykonane.

Można zanucić: “ludu pracujący zadrzyj głowy, rośnie nam do nieba Stadion Narodowy”. Na melodię “Keine grenzen”.

Rynek muzyczny dissem stoi.

listopad 5, 2009 - autor: przemekjasny

pianista Czym jest ten diss cały i z czym się to je? Ano poszukajmy najbliżej: “diss – rozwinięcie pochodzi z języka angielskiego, ze słowa disrespect, czyli obraza. Jest to atak słowny kierowany w konkretną postać/artystę” (wikipedia).

Pamiętacie pana Peję, który całkiem niedawno pozdrowił swojego fana ze sceny? Fan ten wcześniej przez połowę występu pozdrawiał artystę palcem środkowym. I tak się chłopaki w tym pozdrawianiu wzajemnym zapędzili, że dla słuchacza skończyło się to licznymi pozdrowieniami od stojących obok melomanów. Jak się okazało wydarzenie to – pociągnęło za sobą inne. Peję pozdrowił Tede za pośrednictwem internetu. I między chłopakami (z Poznania i Warszawy) zaiskrzyło. Tak na nich spłynęła wena, tak ich muzy muzyczne pobłogosławiły – że zaczęli na siebie dissy rzeczone układać. A że tempo publikacji tych specyficznych utworów słowno-muzycznych było zadziwiające, sporo dissów powstało. Co jeden drugiemu zarzucił, tamten skomentował i wymyślał dalej. I tak się chłopaki poprzerzucali utworami, tak się wzajemnie zainspirowali, że stworzyli niemal płytę kompilacyjną – którą możnaby wydać pod tytułem “Peji i Tedego dialogi o sobie”. Do tego wszystkiego niedawno włączył się najbardziej znany kielczanin Liroy. Jako nestor sceny, doświadczony w fachu, dawny antagonista Peji, tym razem za pośrednictwem YouTube, powiedział Tedemu co o nim myśli. Gdyby – w imię walki z watą słów – wyciągnąć esencję jego wypowiedzi i pominąć przymiotniki uznawane powszechnie za wulgarne, byłoby z tego ledwie parę słów – głównie stanowiących spójniki.

Tak sobie pomyślałem, że skoro tuzy rodzimej sceny muzycznej, przyjęły tak specyficzną formę komunikacji, to może by to przeszczepić na przykład do dyskursu politycznego. Wyobraźmy sobie diss Jarosława Kaczyńskiego do Donalda Tuska: “Donald, Donald nie będziesz mi bratem, uważaj koleżko, bo wjadę Ci na chatę”.

Prawda, że piękne i komunikatywne? Oczami (i uszami) wyobraźni już widzę mega produkcję dissów realizowaną przez posła Palikota! A jakież piękne dissy układałby poeta sceny politycznej Niesiołowski Stefan, albo Dorn Ludwik. Pewnie brylowałby Tadeusz Cymański! Ojciec doktor dyrektor Rydzyk mógłby ułożyć diss na “niemyjących się czarnych”, były prezydent Kwaśniewski Aleksander miałby flow kynologiczny o Sabie i Ludwiku właśnie! I to wszystko wlatywałoby szybko na YouTube. A gdyby tak globalnie?! Barack Nobel Obama mógłby dissować przywódców Iranu, Benedykt XVI odpowiadałby dissem patriarsze Rosji!

Świat byłby wielką płytą winylową…

Dla zainteresowanych podaję linki (nie umieszczam u siebie, szkoda miejsca):

www.youtube.com/watch?v=Dd0TOQ_uV-w

www.youtube.com/watch?v=x9gwekiYT9A

www.youtube.com/watch?v=StQ4QQjEUfg

W Łodzi testosteron można było zbierać wiadrami!

październik 27, 2009 - autor: przemekjasny

Ibisz

Już spokojnie? Przeżyliście? Emocje opadły?

Przeczekałem z komentarzem. Takie na gorąco bywają zbyt… gorące. A tutaj ochłonąć trzeba. Wszak walkę Gołota-Adamek – można rozpatrywać w kateogriach “popkulturalne wydarzenie roku”.

Kto tam był ważny? Bo przecież nie dwóch facetów okładających się pięściami obleczonymi w rękawice! Ważny był niejaki Szyc aktor, który występował w roli komentatora. To już tradycja Polsatu, który w roli ekspertów obsadza znane osoby, prywantnych celebrytów, ulubieńców czołówek kolorowej prasy. Także Szyc komentował a Pazura obściskiwał Adamka. Tak, ten Pazura, ten sam, który raczy nas winem “Pazurro”, ten z “Psów”, ten z kabaretu. On to własnie z racji kompetencji pięściarskich – wręczał Adamkowi puchar (czy coś ten przedmiot przypominający, pas Polsatu – obiekt westchnień każdego boksera na świecie – wręczał ktoś inny). Tak więc był Szyc, był Pazura (tak z klucza “3 oficer” chyba). Był też nasz słynny Azja i szermierz Olbrychski. Daniel Senior. On też jako pięściarz i szablowy pokazał się na gali.

A w innym miejscu w tejże Łodzi wybierano Miss. Pięknonogie blondo-brunetki chodziły w-te-i-we-wte, rozdawały uśmiechy przyklejone na stałe i prezentowały się w strojach, które nigdy przeciętna kobieta nie włoży na siebie. Ale i tam nie kobiety ważne były a znowu celebryci. Prowadził Karolak, ten co to nie może dobić do czterdziestki. W jury siedzieli ksiądz i wójt we własnej osobie czyli Żak Cezary, wspomagał go Królikowski – słodzący do nieprzytomności o najpiękniejszym dniu, którym jest zamążpójście.

Dwie imprezy, obie oblane tłusto testosteronem. Łódź uniosła napór rodzimych gwiazd, cały garnitur osobistości z wypchanym portfelem. Tu walka stulecia z otoczką typowo polsatową a obok wybory przepięknej niewiasty w anturażu publicznej telewizji.

Ale najważniejszym punktem programu był niejaki Ibisz. Krzysztof Ibisz. Myślisz boks – mówisz Ibisz! Ulubiony nasz prowadzący, osobowość medialna, ciągle młodniejący Krzysztof. On może robić wszystko, wszechstronny jest. Raz w sejmie, raz w reklamie z łupieżem. Raz “Czar Par”, raz “M jak Miłość”. A w efekcie i tak boks. Najbardziej męska dyscyplina “sportu”(?) i najbardziej męski konferansjer! Nawet tembr głosu zmienił, mówił basem jak po dawce hormonów. I ta mimika. I ta powaga!

Rubik przegiął!

październik 22, 2009 - autor: przemekjasny

rubik

Przepraszam za dosłowność. Ale trzeba stosować adekwatne słowa, wprost proporcjonalne do rozmiaru niestrawności nowego produktu Piotra Rubika! Bo to jest produkt. Nie dajmy się nabrać wzniosłym hasłom, nie bądźmy hipokrytami. Artyzmu w rubikowym dziele za grosz, powściągliwości ani grama. Za to sarkastycznego wciskania ludziom kitu w opakowaniu zastępczym – na tony!

Nie dość było rubikowych koszmarków do tej pory? Quasi-operowe, niby-orkiestrowe dziełka, będące w zasadzie antytezą “oratorium”. Skoro amatorstwo, to zacytujmy amatorów “Oratorium – wielka forma muzyczna wokalno-instrumentalna (zbliżona do opery, lecz bez akcji scenicznej), wykonywana na estradzie koncertowej (lub w kościele). W oratorium biorą udział: śpiewacy – soliści, chór i orkiestra. Epickie fragmenty recytuje narrator (testo, historicus), czasem rolę tę przejmuje chór. W oratoriach najbardziej widoczną cechą jest wpływ opery na tę formę. Niemal wszystkie składają się z trzech części podzielonych na wzór opery na akty i sceny” (wikipedia).

Powyższa “definicja” podana jest po to, aby nikt już nie pomylił rubikowych pop-piosenek z formą oratoryjną! Dziełka pana Piotra to normalny pop (mdły i toporny) – podany w rozbuchanej formie około-oratoryjnej. Jest tam i chór i orkiestra, są nawet śpiewacy, ale na tym podobieństwa się kończą! To celowy zabieg, mamy mieć wrażenie, że obcujemy, że sztuką wyższą (cokolwiek to znaczy). Chcemy czuć się wyróżnieni idąc do filharmonii. A tu po prostu dostajemy porcję popu z niemąrdym tekstem, podanego w nieznośnej oprawie! Ale udawajmy dalej, że to sztuka przez duże “Sz”.

Ale żeby było mało tych kłamstewek PR-owo-marketingowo-socjotechnicznych, Rubik złapał się po raz kolejny tematu nośnego, nadeksploatowanego, emocjonalnego. Uderzył w wysokie tony i zapomniał o tym, że gdzieś tam jest delikatna linia kiczu, dobrego smaku – której nie powinno się przekraczać. Znowu stworzył coś, co złośliwi nazywają “kato-polo”, bądź “sacro-polo”. Tym razem jednak wykorzystał(!) do tego postać Papieża.

To co najmniej niesmaczne! Chwytanie się tematów tak subtelnych jak osoba Jana Pawła II – i przerabianie ich na modłę własnej sarkastycznie-zorientowanej sztuki, to niedobre wyjście. Okładka z Wojtyłą (dość kiczowata!), dzieląca los wszelkich świecidełek, długopisów, ciupag i zegarków z Papieżem. Rubik wpisał się w 100% w tę estetykę, w to myślenie komercyjne, które każe mu wykorzystać postać bardzo bliską sercu Polaków! Sam Rubik chyba nie wierzy w doniosłość własnych tworów, ja mocno wątpię w jego “pobożne” działania.

Panie Piotrze, czas zejść na ziemię. Pana płyta nadaje się na stragan prowincjonalnego festynu a nie do sklepu z dewocjonaliami. Kogo jeszcze Pan przerobi w tej biznesowej maszynce do gromadzenia pieniędzy? Kardynał Wyszyński, ksiądz Popiełuszko? No proszę. Nie można całe życie uważać się za natchnionego twórcę piszącego na zamówienie niebios! Szczególnie, że intencje są mocno dyskusyjne a muzyka żałośnie pretensjonalna. Przedefiniował Pan pojęcie kiczu – tym razem uderzając też w poczucie dobrego smaku!

Co za czasy, taśmową produkcję pomników goni produkcja muzyki. Byleby uchwycić nośny temat. I zarobić.

Tyle powstało pięknej muzyki, wierszy i dobrych filmów – o Papieżu Polaku. A u nas tylko filmidła o kremówkach i muzyka Rubika. Żeby być obłudnym do cna, proponuję aby partie wokalne śpiewali aktorzy z seriali, którzy występują w formatach typu “Jak Oni Śpiewają”. Można do tego dorzucić paru celebrytów na łyżwach. Polsat chętnie wyemituje. Cygan już jest.

Lego Rock Band! Czyli zabawa łącząca pokolenia (chyba bardziej niż kolejka elektryczna).

październik 20, 2009 - autor: przemekjasny

“Składanie grupy” zyskuje nowy wymiar.

Grupa Queen doczekała się “klockowego pomnika”. Niezły pomysł! Całkiem niedawno nasi rodacy spreparowali doskonały klip animowany do piosenki “Put Out The Fire” (do obejrzenia na tym blogu!). Kogo jeszcze można “zLEGOwać?”. Kiss (w pełnym makijażu?), Ozzy’ego czy Alice Coopera (oczywiście z rekwizytami, ten pierwszy z nietoperzem, ten drugi z gilotyną), a może ‘nietoperz’ bardziej pasuje do Meat Loafa? To byłoby spooory “ludzik” lego! Oczywiście klasyków z The Beatles czy Rolling Stones ominąć się nie da, swoją drogą malowniczo przeorana twarz Jaggera byłaby niezłym wyzwaniem. Może ktoś ma inny pomysł? Jak tu wykonać w plastiku tatuaże Winehouse?

lego rock band